sobota, 15 maja 2010
warszawskie targi książki
poniedziałek, 10 maja 2010
strażnik pamięci
(fot. T. Rolke)
Poszedłem dzisiaj do ZPAF-u na spotkanie z Tadeuszem Rolke. Fotograf prezentował na nim zdjęcia, które umieścił w książce "Tu byliśmy - Ostatnie ślady zaginionej kultury".
Książkę mam już od ponad rok temu - jest to esej napisany przez historyka Simona Schamę gęsto przeplatany fotografiami Rolkego, choć równie dobrze można by tą książkę nazwać albumem fotograficznym z dodanym do niego esejem historycznym.Schama (razem z fotografem) przyjeżdża do Puszczy Białowieskiej - miejsca, w którym rodzili się i mieszkali jego przodkowie - i snuje opowieść o tym zakątku Polski łącząc go z historią naszego kraju od czasów szlachty i "Pana Tadeusza", nie zapominając przy okazji o zupełnie innych tematach, aczkolwiek silnie związanych z Puszczą czyli... żubrach. Głównym tematem książki pozostają jednak polscy Żydzi, którzy do II wojny światowej w wielu miejscowościach na tych terenach stanowili 70-95% całej populacji.
Tadeusz Rolke od kilkunastu lat tworzy cykl poświęcony wymordowanej przez nazistów tej części polskiego społeczeństwa. Podróżuje po wschodniej Polsce, a także dzisiejszej Ukrainie, poszukując ocalałych domów cadyków, pozostałości kirkutów, a czasem tylko podwórek i ulic, po których stąpali jeszcze 70 lat temu polscy Żydzi. Trudno mi w głowie oddzielić ten cykl Rolkego od dwóch innych "nowych" projektów, które niedawno widziałem. Pierwszy to "Niewinne oko nie istnieje" Wojciecha Wilczyka, zawierający około 300 zdjęć synagog (a raczej tego co z nich pozostało lub w co je zmieniono), drugi to "Szara Pamięć" - cykl fotografii Bogdana Konopki, o którym pisałem w październiku zeszłego roku przy okazji wernisażu tej wystawy w Łodzi.
O ile pierwszy z tych projektów jest do bólu dokumentacyjny i wyzbyty uczuć (choć gdy trochę się zastanowić to widać pewnego rodzaju "manipulację" w sposobie ujęcia tematu), drugi stoi na przeciwnym biegunie wrażliwości - kontemplacyjnym i poruszającym, aczkolwiek również nie wyzbytym wartości dokumentalnej, głównie poprzez swoją skalę (Konopka uwiecznił na zdjęciach prawie 300 cmentarzy).
Cykl Rolkego jest zdecydowanie przesunięty w stronę emocjonalną, czyli bliższy zdjęciom Konopki. Na zdjęciach artysty nie widać współczesnych samochodów, obskurnych śmietników czy reklamy Coca-Coli. Mimo że wykonane stosunkowo niedawno, zdjęcia nie są osadzone we współczesnym czasie, natomiast widać na nich jego upływ. Siłę przekazu mocno wzmacnia brak człowieka na tych fotografiach. O ile się nie mylę to pierwszy cykl Rolkego, na którym nie ma ludzi (!). Zamiast człowieka jest pustka, która pozostała i zanikające bezpowrotnie ślady. Z rzadka w kadrze pojawi się pies lub koń, który wrażenie braku człowieka tylko powiększa. Mając z tyłu głowy genezę tego "braku", fotografie przemieniają się w elegię dla wymordowanego narodu, a dla współczesnego człowieka są elementem niezbędnej, jak to nazywa Rolke - kultury pamięci.
(fot. T. Rolke)
niedziela, 9 maja 2010
fotofestiwal dzień III
Większość festiwalowych wystaw obejrzałem wczoraj. Poszczególne projekty powoli układają się w głowie. Większość wyrzucam z pamięci, dwa, trzy będę chciał na trwałe zapamiętać, kilka jeszcze szuka swojego miejsca w mojej głowie.
Dla higieny umysłu, skorzystałem więc z faktu, że tuż obok Fotofestiwalu, na terenie zamkniętej elektrowni odbywa się w tym samym momencie festiwal mody. Wszedłem więc na zwykle zamknięty teren żeby "pozwiedzać". Stare piętrowe fabryki, opustoszałe hale, pozostałości elektrowni - pomieszczenia pamiętające najwcześniejsze początki polskiego przemysłu. I najbardziej niesamowite w tych halach - światło sączące się przez zabrudzone okna, odbijające się w ceglanych ścianach, odrapanych filarach i wysokich na 20 metrów sufitach. Napotkany łódzki kolega Adam wspomniał mi o możliwości uzyskania specjalnego zezwolenia na wejście na zamknięty teren. Dużo wskazuje więc na to, że niedługo ponownie się w Łodzi pojawię. Tym razem już z plecakiem.
sobota, 8 maja 2010
fotofestiwal dzień II
Sobotę praktycznie od samego rana poświęciłem na oglądanie wystaw. Chciałem zobaczyć wszystkie, a przynajmniej większość ekspozycji w centrum artystycznym na Tymienieckiego. Na niedzielę zostawiając sobie to, czego nie zdążę zobaczyć dzisiaj i ewentualnie ponowne obejrzeć zdjęcia, które najbardziej mi się spodobają.
piątek, 7 maja 2010
fotofestiwal dzień I
Z samego rana wyjechałem z Bełchatowa, w którym dzień wcześniej miałem trochę roboty i pojechałem do niedalekiej Łodzi. Celem wyjazdu była kolejna edycja Fotofestiwalu, o której pisałem kilka dni temu.
W pierwszej kolejności odwiedziłem "oficjalny" hotel festiwalowy i zrzuciłem graty. Hotel typowy dla większości polskich miast. Podobne można znaleźć m.in. w Warszawie, Gdyni, Katowicach czy Koninie. Wytwór blokowatej wyobraźni komunistycznych architektów, po latach rozpadający się, nieodkurzany, zamieszkały niezmiennie przez recepcjonistki z 30-letnim stażem o pofarbowanych na żółto włosach i obgryzionych paznokciach, z obowiązkowymi czarno-skajowymi kanapami w holu głównym, szarym marmurem na posadzkach, fikusem na korytarzu, szarymi od papierosów firanami i niedomykającymi (lub nieotwierającymi) się oknami. Z racji położenia (centrum miasta) jednak odpowiednio wysoko kasujący bywalców.
Odpowiednio więc zmotywowany zameldowałem się i w pośpiechu skierowałem do centrum festiwalowego zakupić katalog, odebrać identyfikator i ogólnie rozejrzeć się. Niespecjalnie chciało mi się od razu oglądać wystawy. Czułem że potrzebuję co najmniej kilku godzin żeby wyprowadzić się mentalnie z torów zawodowych i dostroić się w miarę możliwości do klimatu artystycznego, diametralnie odmiennego od mojej codzienności. Kawa, gorąca czekolada, miła rozmowa z nowozelandzkim fotografem, przeglądanie świeżo wydanego albumu Bogdana Konopki, telefoniczne umawianie się ze znajomymi, spokojne planowanie soboty i niedzieli - temu poświęciłem niemal całe popołudnie.
Na 18 ustawiłem się na pierwsze spotkanie. Okazją był wernisaż jednej z wystaw towarzyszących festiwalowi - "Opowieści z pogranicza" w galerii FF. Pokazano na niej prace 6 artystów - Wojciecha Beszterdy, Sławoja Dubiela, Bogdana Konopki, Tomasza Michałowskiego, Marcina Sudzińskiego i Sławka Tobisa - koordynatora całego projektu. W 2009 roku fotograficy ci spędzili trochę czasu na terenie wsi Chełst, przez którą przed II wojną światową przebiegała granica polsko-niemiecka. Była ona tak wytyczona, że u niektórych mieszkańców przebiegała przez środek ich podwórka. Wychodząc z chaty do wychodka musieli brać ze sobą dokumenty. Reperkusje takiego podziału były różnorakie, wiele z nich ostało się do dzisiaj. Z jednej strony materialne (zabudowania, cmentarze), z drugiej niematerialne, w postaci wspomnień starszych mieszkańców. Marcin Sudziński swój obiektyw skierował w kierunku właśnie mieszkańców, wykonując serię portretów i łącząc je z krótkimi historiami ich bohaterów. Pozostali fotograficy skupili się na miejscach. Na przykład Beszterda sfotografował pozostałości nagrobków na ewangelickim cmentarzu, a Bogdan Konopka stare urządzenia służące kiedyś do wytopu żeliwa.
Wszyscy fotograficy zgodnie zastosowali czarno-białą technikę analogową, głównie wielkoformatową, co dało wystawie cenną spójność stylistyczną.
O 18.30. wystartowała kolejna wystawa, o 19 następna i 19.30 jeszcze jedna. Wszystkie w galerii FF. Z tych trzech pozostałych zwróciłem większą uwagę tylko na jedną, którą zresztą widziałem ze 2 lata temu w warszawskiej Luksferze. Chodzi o "Fifi" Romy Roman i Bartka Zaranka. Czarno-białe fotografie z bajkowym klimatem i trochę zbyt bezpośrednimi i jak dla mnie niepotrzebnie tytułowanymi przesłaniami. Zdjęcia z tego projektu mogłyby stanowić ilustracje do baśni, kojarzących mi się z niezapomnianą serią "ze ślimakiem" z lat 80-tych, do której ilustracje tworzył m.in. Stasys.
Wieczorem, mijając plenerowy pokaz slajdów, w gronie znajomych poszedłem na lekko alkoholową kolację. Jedną z najlepszych i najważniejszych stron takich wydarzeń jak Fotofestiwal jest możliwość porozmawiania z artystami, których na codzień bardzo trudno spotkać, nie mówiąc już o tym że zebrać w jednym miejscu praktycznie nie jest możliwe.
W pierwszej kolejności odwiedziłem "oficjalny" hotel festiwalowy i zrzuciłem graty. Hotel typowy dla większości polskich miast. Podobne można znaleźć m.in. w Warszawie, Gdyni, Katowicach czy Koninie. Wytwór blokowatej wyobraźni komunistycznych architektów, po latach rozpadający się, nieodkurzany, zamieszkały niezmiennie przez recepcjonistki z 30-letnim stażem o pofarbowanych na żółto włosach i obgryzionych paznokciach, z obowiązkowymi czarno-skajowymi kanapami w holu głównym, szarym marmurem na posadzkach, fikusem na korytarzu, szarymi od papierosów firanami i niedomykającymi (lub nieotwierającymi) się oknami. Z racji położenia (centrum miasta) jednak odpowiednio wysoko kasujący bywalców.
Odpowiednio więc zmotywowany zameldowałem się i w pośpiechu skierowałem do centrum festiwalowego zakupić katalog, odebrać identyfikator i ogólnie rozejrzeć się. Niespecjalnie chciało mi się od razu oglądać wystawy. Czułem że potrzebuję co najmniej kilku godzin żeby wyprowadzić się mentalnie z torów zawodowych i dostroić się w miarę możliwości do klimatu artystycznego, diametralnie odmiennego od mojej codzienności. Kawa, gorąca czekolada, miła rozmowa z nowozelandzkim fotografem, przeglądanie świeżo wydanego albumu Bogdana Konopki, telefoniczne umawianie się ze znajomymi, spokojne planowanie soboty i niedzieli - temu poświęciłem niemal całe popołudnie.
Na 18 ustawiłem się na pierwsze spotkanie. Okazją był wernisaż jednej z wystaw towarzyszących festiwalowi - "Opowieści z pogranicza" w galerii FF. Pokazano na niej prace 6 artystów - Wojciecha Beszterdy, Sławoja Dubiela, Bogdana Konopki, Tomasza Michałowskiego, Marcina Sudzińskiego i Sławka Tobisa - koordynatora całego projektu. W 2009 roku fotograficy ci spędzili trochę czasu na terenie wsi Chełst, przez którą przed II wojną światową przebiegała granica polsko-niemiecka. Była ona tak wytyczona, że u niektórych mieszkańców przebiegała przez środek ich podwórka. Wychodząc z chaty do wychodka musieli brać ze sobą dokumenty. Reperkusje takiego podziału były różnorakie, wiele z nich ostało się do dzisiaj. Z jednej strony materialne (zabudowania, cmentarze), z drugiej niematerialne, w postaci wspomnień starszych mieszkańców. Marcin Sudziński swój obiektyw skierował w kierunku właśnie mieszkańców, wykonując serię portretów i łącząc je z krótkimi historiami ich bohaterów. Pozostali fotograficy skupili się na miejscach. Na przykład Beszterda sfotografował pozostałości nagrobków na ewangelickim cmentarzu, a Bogdan Konopka stare urządzenia służące kiedyś do wytopu żeliwa.
Wszyscy fotograficy zgodnie zastosowali czarno-białą technikę analogową, głównie wielkoformatową, co dało wystawie cenną spójność stylistyczną.
O 18.30. wystartowała kolejna wystawa, o 19 następna i 19.30 jeszcze jedna. Wszystkie w galerii FF. Z tych trzech pozostałych zwróciłem większą uwagę tylko na jedną, którą zresztą widziałem ze 2 lata temu w warszawskiej Luksferze. Chodzi o "Fifi" Romy Roman i Bartka Zaranka. Czarno-białe fotografie z bajkowym klimatem i trochę zbyt bezpośrednimi i jak dla mnie niepotrzebnie tytułowanymi przesłaniami. Zdjęcia z tego projektu mogłyby stanowić ilustracje do baśni, kojarzących mi się z niezapomnianą serią "ze ślimakiem" z lat 80-tych, do której ilustracje tworzył m.in. Stasys.
Wieczorem, mijając plenerowy pokaz slajdów, w gronie znajomych poszedłem na lekko alkoholową kolację. Jedną z najlepszych i najważniejszych stron takich wydarzeń jak Fotofestiwal jest możliwość porozmawiania z artystami, których na codzień bardzo trudno spotkać, nie mówiąc już o tym że zebrać w jednym miejscu praktycznie nie jest możliwe.
czwartek, 6 maja 2010
środa, 5 maja 2010
wtorek, 4 maja 2010
esencja czystego brudu
Dzisiaj odbył się koncert, na który czekałem już od dłuższego czasu. W warszawskim Powiększeniu zagrała "najgłośniejsza kapela Nowego Jorku" czyli Place To Bury Strangers. Zespół, który na mój gust wypuścił w zeszłym roku najbardziej wymiatającą gitarowo-rockową płytę, z wszystkich które słyszałem (Exploding Head).
Duszna i przypominająca garaż warszawska sala koncertowa okazała się być idealną na ich muzykę. Trzech muzyków zatopionych w mroku, przez który przedzierał się ledwie jeden punktowy strumień światła, wypełniło ją swoimi dźwiękami do ostatniego milimetra. "Strangers" reprezentują dla mnie w chwili obecnej kwintesencję brudnej, dusznej, klaustrofobicznej i jednocześnie przestrzennej muzyki. Pasowaliby idealnie do nowej wersji "Zagadki Nieśmiertelności", w którym to filmie myślę że z powodzeniem zastąpiliby koncertowy Bauhaus.
Niektóre osoby mogły poczuć się trochę znudzone słuchając przez godzinę gitarowego łojenia na praktycznie jedną brudną nutę. Dla mnie ta "monotonia" była jednak siłą zespołu. Po parunastu minutach przesterowana ściana dźwięku przeistoczyła się dla mnie w duszną transowość. A idealnym zakończeniem koncertu było uniesienie na rękach przez publikę wciąż grającego gitarzysty.
Dla tych co nie znają kapeli lub ich drugiej płyty polecam jeden z moich ulubionych z niej numerów. Do bólu "Cure'owy", ale wcale mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, oby więcej takich dokoła. Teledysk z wokalistą w roli głównej do obejrzenia i posłuchania (tylko głośno!) tutaj:
http://www.youtube.com/watch?v=e9xMFKtFjFg&feature=related
A koncertowo można posmakować na przykład tego:
http://www.youtube.com/watch?v=GdmkYvasHQc&feature=related
poniedziałek, 3 maja 2010
sobota, 1 maja 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)













































