Trudno mi uwierzyć w tę wiadomość. Było w nim coś takiego i był kimś takim, że czuję się jakby odszedł członek mojej rodziny. Świat, nie tylko muzyczny i artystyczny, nie będzie już taki sam bez niego.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą music. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą music. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 11 stycznia 2016
wtorek, 3 marca 2015
hand cannot erase
Steven Wilson, jeden z ostatnich kreatywnych twórców nurtu zwanego zazwyczaj prog rockiem, wydał wczoraj swój nowy solowy album. Nie mam już takiego ciągu do tego typu muzyki jak 20 lat temu, ale co najmniej jeden numer z tej płyty jest zdecydowanie wart posłuchania...
poniedziałek, 13 października 2014
black rivers
14 lat temu pojawił się na rynku wspaniały album "Lost Souls" nowego zespołu Doves. Eteryczna, dreampopowa, hipnotyczna... zaskakująco jedna z najlepszych płyt końca millenium. Do dzisiaj brzmi ona wyjątkowo. Były jeszcze kolejne wydawnictwa tego trio, mimo przebłysków żadno z nich moim skromnym zdaniem nie dorównało już debiutowi.
Kilka miesięcy temu wokalista (niejedyny zresztą) Jimi Goodwin wydał swój solowy album o swojsko brzmiącej nazwie "Odludek". Niestety nie wart nawet krótszej recenzji mojego niezwykle popularnego bloga.
Natomiast pozostali dwaj członkowie Doves - bracia Williams ogłosili właśnie światu datę wydania swojego albumu pod nazwą Black Rivers. Pierwszy singiel opublikowali ze 2 czy 3 miesiące temu. Brzmi trochę jak odrzut z "Lost Souls", co akurat jest pozytywną rekomendacją. Drugi singiel brzmi jak odrzut z płyty ostatniej, co tak pozytywne już niestety nie jest. Ale śledzić poczynania obu panów myślę że warto.
Płyta jest już w przedsprzedaży tutaj. Koncert w Berlinie - 16 marca przyszłego roku (jako support Noela Gallaghera).
A wspomniany wyżej pierwszy singiel poniżej...
Kilka miesięcy temu wokalista (niejedyny zresztą) Jimi Goodwin wydał swój solowy album o swojsko brzmiącej nazwie "Odludek". Niestety nie wart nawet krótszej recenzji mojego niezwykle popularnego bloga.
Natomiast pozostali dwaj członkowie Doves - bracia Williams ogłosili właśnie światu datę wydania swojego albumu pod nazwą Black Rivers. Pierwszy singiel opublikowali ze 2 czy 3 miesiące temu. Brzmi trochę jak odrzut z "Lost Souls", co akurat jest pozytywną rekomendacją. Drugi singiel brzmi jak odrzut z płyty ostatniej, co tak pozytywne już niestety nie jest. Ale śledzić poczynania obu panów myślę że warto.
Płyta jest już w przedsprzedaży tutaj. Koncert w Berlinie - 16 marca przyszłego roku (jako support Noela Gallaghera).
A wspomniany wyżej pierwszy singiel poniżej...
niedziela, 21 września 2014
off-faces 2014
Jak na moje tempo wywoływania filmów, to już prawie nie zaległość. I druga HP5-ka w życiu. No i na razie koniec z serią (do sierpnia 2015).
Modelom serdeczne dzięki!
Poprzednie lata pod linkami jak niżej:
2009
2010
2012
2013 cz.I.
2013 cz.II.
(Nie da się ukryć że niektórzy poeci uwielbiają swój jeden konkretny profil) ;)
czwartek, 18 września 2014
poniedziałek, 15 września 2014
off-faces 2013 część I
Off-festiwalowy skok do przodu o rok, czyli 2013. Zdjęć więcej więc dzisiaj część pierwsza - pozioma. Negatyw wygląda ciut inaczej. Z braku Trixa dokonałem zakupu HP5 - pierwszy raz w życiu zresztą.
Za krechę a'la Contax sorry (opis w poprzednich postach).
Dla chętnych i nie mających nic lepszego do roboty - zabawa w poszukiwanie tych samych twarzy w latach poprzednich - 2009, 2010 i 2012.
niedziela, 14 września 2014
off festival 2012 suplement
Ciekawa refleksja. Jak patrzę na te zdjęcia zrobione ponad 2 lata temu (zdążyłem zapomnieć jak je robiłem) to przypominają mi się foty, które robiłem w Jarocinie na przełomie lat 80-tych i 90-tych mega profesjonalnym jak na tamte czasy Zenitem. Miałem wtedy kompletnie debilny i bezmyślny nawyk wywoływania negatywów, robienia odbitek i... wyrzucania klisz. Aż wstyd to wspominać. No cóż, ostały się odbitki, może zeskanuję je któregoś dnia i wrzucę na bloga. To były magiczne chwile, które pamiętam do dzisiaj, częściowo dzięki zdjęciom właśnie. Festiwali mamy w tej chwili mnóstwo, ale takiego jak był w Jarocinie nie ma i już nie będzie. Tak jak te czasy które bezpowrotnie minęły.
piątek, 12 września 2014
shellac dude incredible
Jednym z najlepszych o ile nie najlepszym koncertem tegorocznej Primavery był dla mnie występ Shellaca. Trójca pod wodzą Steve'a Albiniego (frontmana Shellaca i znanego producenta, m.in. Nirvany, Pixies, GY!BE, Mogwai, PJ Harvey, Low, Joanny Newsom i wielu innych) pokazała na czym polega szczera sceniczna energia punkowo-rockowa, niedostępna dla wielu wystylizowanych i "zelektryfikowanych" współczesnych młodych kapel. Albini z charakterystycznie założonym paskiem od gitary (wokół bioder zamiast na ramieniu) razem z dwoma starymi kumplami i najprostszym możliwym instrumentarium po prostu wychodzą na scenę i bez zbędnego ciśnienia i nadęcia robią to co do nich należy, mając przy okazji kupę zabawy.
Albini od lat jest zwolennikiem analogowych sprzętów, a zdanie które umieścił na okładce jednej ze swoich starych płyt zapisałem sobie kiedyś w notesie i pamiętam do dzisiaj: "The future belongs to the analogue loyalists. Fuck digital!". Nic dodać nic ująć.
Zgodnie z obietnicą złożoną na scenie Primavery w przyszłym tygodniu kapela wypuszcza nową, piątą w karierze i pierwszą od 7 lat płytę długogrającą. Tytuł - Dude Incredible. Bez promocji, bez reklam, bez trasy koncertowej i bez... darmowych lunchów.
Płytę zarzynam od wczoraj nieustannie. Jest po prostu bardzo dobra i tyle.
Tak czy inaczej jest to muzyka przede wszystkim do oglądania na żywo. W tym roku będzie wyjątkowa (bo grają bardzo rzadko) okazja żeby zobaczyć ich w Europie. Zagrają kilka koncertów w Skandynawii pod koniec października. Sztokholm 24-ego, Oslo 28-ego, Gothenburg 29-ego, Kopenhaga 30-ego i Aarhus 31-ego. W przyszłym roku prawdopodobnie ponownie wystąpią na Primaverze, zarówno w Barcelonie jak i Porto.
sobota, 16 sierpnia 2014
slowdive na la Route du Rock
Slowdive zagrali wczoraj we Francji na festiwalu la Route du Rock...
z podziękowaniami dla Marty za link...
z podziękowaniami dla Marty za link...
piątek, 15 sierpnia 2014
michał pydo w towarzyskiej
Po kilku latach grania i wydaniu płyty jako Hatifnats Michał Pydo od jakiegoś czasu gra i tworzy solo. Jego pierwsza epka do zamówienia na jego fejsowej stronie.
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
off festival 2014 czyli Bo Ningen i długo długo nic
Na Off-a jeżdżę praktycznie co rok i od "zawsze". Wrzucam zazwyczaj kilka fot (rok temu nie wrzuciłem bo negatyw nadal... chłodzi się w lodówce). O muzyce raczej nie wspominam, a przynajmniej nie pamiętam że to robię. W tym roku miało być podobnie (nie skończony negatyw dla odmiany tkwi jeszcze w aparacie), ale tym razem muszę zająć muzyczne stanowisko.
Slowdive, Jesus and Mary Chain, Deafheaven... Moje klimaty, na te zespoły jechałem. Slowdive to moje top 2 niezmiennie od ponad 20 lat, wielka reaktywacja, trzeci mój koncert w tym roku, Deafheaven - genialny koncert na Primaverze, JAMC - reaktywacja, legenda itd.
Slowdive dało kolejny wspaniały koncert, Deafheaven ok, ale gorszy niż w Barcelonie (skrócony z jakiegoś powodu o 20 minut, w pełnym słońcu, a powinni grać po ciemku i najlepiej na Leśnej a nie głównej itd.), JAMC lepiej pominąć milczeniem - wyszli, odbębnili i poszli. Jednak pojechać na Offa warto było w tym roku na jeden jedyny koncert - Bo Ningen. Ktoś (???) wspomniał mi 2 dni przed festiwalem że powinienem pójść ich zobaczyć. Nie znałem kapeli to i poszedłem. No i tak...
Ze dwie godziny wcześniej prowadziłem z Wojtkiem M. dyskurs na temat tego dlaczego większość muzyki i koncertów już nas nie "bierze" i nie wzrusza - wiek (emocje opadają, "wszystko" już odkryliśmy), globalizacja (wszędzie wszystko pod ręką), degrengolada ogólna (coraz powszechniejsze niskie loty) itp. itd. Podobnie jak z festiwalami fotografii zastanawiałem się kilka razy czy jest jeszcze sens na nie jeździć i że zazwyczaj z 50 wystaw czy koncertów trafia się jeden czy maksymalnie dwa, na które warto było przyjechać. I że w sumie chyba o to właśnie chodzi.
I jak na potwierdzenie tej teorii dwie godziny później trafiliśmy razem do namiotu Trójki na koncert Bo Ningen. Zgodnie z czyjąś (?) rekomendacją miał być stoner rock, a była wybuchowa mieszanka Wooden Shijps, Boris, Mars Volta, jazzu i jeszcze paru innych gatunków. I jak to zgrabnie określił autor festiwalowego programu (aczkolwiek w odniesieniu do zupełnie innego zespołu) - Japończycy jeńców nie biorą. Szczęka mi opadła co już, jak wspomniałem wyżej, często mi się nie zdarza. Ekstremalna energia charakterystyczna dla wielu japońskich kapel wylała się ze sceny z siłą tsunami. Tego mi było trzeba żeby poczuć sens bycia w tym roku na Offie i żeby odlecieć emocjonalnie na kosmiczną orbitę.
Podłej jakości namiastka z jutiuba poniżej. Kto się szanuje niech startuje w niedzielę do Berlina. Bilety tylko 14 euro, no i prawdziwy koncert w klubie, nie jakiś tam festiwalowy.
Slowdive, Jesus and Mary Chain, Deafheaven... Moje klimaty, na te zespoły jechałem. Slowdive to moje top 2 niezmiennie od ponad 20 lat, wielka reaktywacja, trzeci mój koncert w tym roku, Deafheaven - genialny koncert na Primaverze, JAMC - reaktywacja, legenda itd.
Slowdive dało kolejny wspaniały koncert, Deafheaven ok, ale gorszy niż w Barcelonie (skrócony z jakiegoś powodu o 20 minut, w pełnym słońcu, a powinni grać po ciemku i najlepiej na Leśnej a nie głównej itd.), JAMC lepiej pominąć milczeniem - wyszli, odbębnili i poszli. Jednak pojechać na Offa warto było w tym roku na jeden jedyny koncert - Bo Ningen. Ktoś (???) wspomniał mi 2 dni przed festiwalem że powinienem pójść ich zobaczyć. Nie znałem kapeli to i poszedłem. No i tak...
Ze dwie godziny wcześniej prowadziłem z Wojtkiem M. dyskurs na temat tego dlaczego większość muzyki i koncertów już nas nie "bierze" i nie wzrusza - wiek (emocje opadają, "wszystko" już odkryliśmy), globalizacja (wszędzie wszystko pod ręką), degrengolada ogólna (coraz powszechniejsze niskie loty) itp. itd. Podobnie jak z festiwalami fotografii zastanawiałem się kilka razy czy jest jeszcze sens na nie jeździć i że zazwyczaj z 50 wystaw czy koncertów trafia się jeden czy maksymalnie dwa, na które warto było przyjechać. I że w sumie chyba o to właśnie chodzi.
I jak na potwierdzenie tej teorii dwie godziny później trafiliśmy razem do namiotu Trójki na koncert Bo Ningen. Zgodnie z czyjąś (?) rekomendacją miał być stoner rock, a była wybuchowa mieszanka Wooden Shijps, Boris, Mars Volta, jazzu i jeszcze paru innych gatunków. I jak to zgrabnie określił autor festiwalowego programu (aczkolwiek w odniesieniu do zupełnie innego zespołu) - Japończycy jeńców nie biorą. Szczęka mi opadła co już, jak wspomniałem wyżej, często mi się nie zdarza. Ekstremalna energia charakterystyczna dla wielu japońskich kapel wylała się ze sceny z siłą tsunami. Tego mi było trzeba żeby poczuć sens bycia w tym roku na Offie i żeby odlecieć emocjonalnie na kosmiczną orbitę.
Podłej jakości namiastka z jutiuba poniżej. Kto się szanuje niech startuje w niedzielę do Berlina. Bilety tylko 14 euro, no i prawdziwy koncert w klubie, nie jakiś tam festiwalowy.
niedziela, 3 sierpnia 2014
niedziela, 20 lipca 2014
january i heard myself in you
Popijając zimne piwo niedzielną wieczorową porą szuka się specyficznej muzyki. Im więcej płyt na półkach tym trudniej wybrać. January... Kilka lat już nie słuchałem tej kapeli. Zespół niemal nieznany w Polsce (a może się mylę?). Już nie pamiętam jak i skąd go wziąłem. Kojarzę jedynie że ich pierwszą płytę dojrzałem lata temu (oprócz swojej) na półce Adama Czajkowskiego, w pewnych kręgach kultowego prezentera radiowego z Gdańska. Poza Adamem czy ktoś ich zna?
Płyta "I heard myself in you" jest niby kolejnym indie-britpopowym albumem wydanym na przełomie lat 90/00'tych. Ale tylko niby. Nigdy nie rozszyfrowałem tego dlaczego jest dla mnie wyjątkowa. To pewnie połączenie kilku elementów - dźwięków, wokalu, tekstów, melodii - w idealny melanż. No i numery trwające nawet pod 10 minut, a nie standardowe 3-4. Zanim się zaczną to już skończą.
Hm, ale suma summarum trudno powiedzieć. Nie wszystko da się rozebrać na czynniki pierwsze i zanalizować.
Ich drugą płytę siłą rzeczy też kupiłem, ale nie trafiła już tak mocno. Po niej się rozpadli. Poszukiwałem później informacji co porabia Simon Mclean, ich frontman. Udzielał się w różnych kapelach, ale chyba nic ciekawszego niestety już nie stworzył. Szkoda bo ta płyta pokazuje że facet ma, lub miał talent.
Płyta "I heard myself in you" jest niby kolejnym indie-britpopowym albumem wydanym na przełomie lat 90/00'tych. Ale tylko niby. Nigdy nie rozszyfrowałem tego dlaczego jest dla mnie wyjątkowa. To pewnie połączenie kilku elementów - dźwięków, wokalu, tekstów, melodii - w idealny melanż. No i numery trwające nawet pod 10 minut, a nie standardowe 3-4. Zanim się zaczną to już skończą.
Hm, ale suma summarum trudno powiedzieć. Nie wszystko da się rozebrać na czynniki pierwsze i zanalizować.
Ich drugą płytę siłą rzeczy też kupiłem, ale nie trafiła już tak mocno. Po niej się rozpadli. Poszukiwałem później informacji co porabia Simon Mclean, ich frontman. Udzielał się w różnych kapelach, ale chyba nic ciekawszego niestety już nie stworzył. Szkoda bo ta płyta pokazuje że facet ma, lub miał talent.
wtorek, 8 lipca 2014
milion kawałeczków
Kiedyś bardzo lubiłem ten zespół. Najbardziej chyba za czasów "Without You I'm Nothing". Genialna płyta. Później już mniej, ale od czasu do czasu nadal potrafią...
wtorek, 3 czerwca 2014
niedziela, 1 czerwca 2014
primavera sound cdd
Z pobrzmiewających wciąż w głowie dźwięków Deafheaven przeskoczyć w świat zakwaszonego Connana Mockasina nie jest łatwo. Nie tylko z powodów dźwiękowych. George (vel Hitlerjugend) i Connan (vel moja praprababcia w kaszubskiej chuście) to panowie pochodzący jakby z dwóch przeciwległych krańców wszechświata.
Godspeed You! Black Emperor to również twórcy oddzielnej konstelacji. Mogwai orbitują już nie tak daleko od tych ostatnich.
Tytuł gracza soboty zdobył jednak u mnie Trent Reznor.
Od wielu lat NIN już do mnie nie trafia. Ale chwile gdy rozbrzmiewają utwory z pierwszej czy drugiej płyty są wyjątkowe. Gdy wydawało się że czas dzisiejszego koncertu minął, muzycy zainicjowali potężną wersję Head Like A Hole. Wybitne zakończenie koncertu, pomyślałem. Po ostatnim dźwięku zabrałem się do opuszczenia pola, a tymczasem Trent podszedł jeszcze raz do mikrofonu i rozpoczął deklamowanie Hurt. To był kolejny dowód na to, że na Primaverę warto było w tym roku przyjechać.
Nie mam dostępu do statystyk, ale wygląda na to że Polaków coraz więcej przyjeżdża na ten festiwal. W tym roku było nas co najmniej - dziennikarzy sztuk 10, muzyków sztuk 15, hipsterów - pół samolotu, innych... - ??? Język polski słyszałem kilka razy przechodząc od sceny do sceny. Może jeszcze nie tak często jak słyszy się język angielski na Openerze, ale wygląda na to że śmiało dołączamy do narodów "festiwalowych", co mnie osobiście cieszy niezmiernie.
sobota, 31 maja 2014
primavera sound cd
Shoegaze psychodeliczny, shoegaze klasyczny, shoegaze ekstremalny. Czyli piątek na Primaverze.
Najbardziej niezwykły moment to słuchanie po 20 latach wyczekiwania koncertu Slowdive razem z kolegą Piotrem, który w 1991 roku sprezentował mi kasetę z pierwszymi ep-kami tego zespołu.
Wątek patriotyczny - tuż przed koncertem Deafheaven kolega Przemek zrelacjonował koncert polskiej Furii, określając go jako najlepszy koncert tego dnia. Hm. Deafheaven zagrało kilka chwil później..
Slowdive
Deafheaven x2
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































