Etykiety

foto (369) music (101) osobiste (284)

piątek, 10 maja 2013

algeciras nocą

W czasie całego wyjazdu to miasto uwiodło mnie najbardziej. Miałem tu w ogóle nie spać, a spędziłem trzy noce. W tym dwie spożytkowane na chodzeniu z aparatem i robieniu zdjęć. Niepozorne, niepopularne, ale zaskakująco pięknie oświetlone nocą miasto. Oczywiście pięknie "inaczej", nie w sensie turystycznym. Chociaż atrakcji dookoła jest wiele, z Tarifą i Gibraltarem na czele. Ale Ci co tam przyjeżdżają, tam również nocują.
Algeciras to nietypowo jak na Andaluzję industrialno-portowo-slumsowe miasto. I dobrze.


niedziela, 5 maja 2013

pocztówka

Z powodu permanentnego słońca, ilości przebytych kilometrów i niezwykłych krajobrazów dookoła, dzisiaj wyjątkowo - pocztówka.

sobota, 4 maja 2013

cordoba

Nie ma to jak spotkać "przypadkowo" na ulicy po latach swoją nauczycielkę hiszpańskiego z czasu studiów.
Nie ma to jak "przypadkowo" przyjechać do miasta w czasie trwania międzynarodowego festiwalu fotograficznego, z ekspozycjami m.in. Roberta Mapplethorpa czy Mariny Abramovic.
Nie ma to jak "przypadkowo" trafić na imprezę do tej samej knajpy, w której imprezowało się 15 lat temu.
Takie "przypadki" możliwe są tylko w Cordobie.

A krótka relacja z festiwalu jutro, jak "przypadkowo" trafi się wifi.

piątek, 3 maja 2013

sevilla

Dzisiaj święto - zrobiłem pierwsze w moim życiu "poważne" i jedyne póki co, zdjęcie w Sevilli. Nie liczę klatki "zerowej", którą z tego wrażenia prześwietliłem o ponad 6 działek i kilku klatek zrobionych w ciągu dnia telefonem.
Słońce naparzało cały dzień, także aparatu nawet nie wyciągałem z pokoju. Jako takie światło robi się tu teraz dopiero około 20-tej. Czasu na fotografowanie nie jest też dużo, gdyż z racji szerokości geograficznej Słońce spada pod horyzont bardzo szybko.
Z tych wszystkich powodów fota będzie eksperymentalno-pamiątkowa z niewielkimi szansami na szerszą publikację. Tak czy inaczej samopoczucie od razu mi się poprawiło.

środa, 1 maja 2013

aracena

Niecałe 15 lat temu po raz pierwszy pojechałem do Hiszpanii. To był wyjątkowy wyjazd siedmiu kumpli - dwudziestoparolatków (i wszystko jasne). Pojechaliśmy 8-osobową Toyotą i przez ok. 2 tygodnie przejechaliśmy od Barcelony, przez Walencję, Benidorm, Malagę, Gibraltar, Tarifę, Kadyks, Sevillę, Cordobę, Granadę, Madryt, Saragossę i na końcu Andorrę. Nie pamiętam już na ilu imprezach byliśmy, o której godzinie je kończyliśmy i gdzie. Pamiętam że było ich dużo i że było mega pozytywnie.
Ale najważniejsze było to, że podczas tego wyjazdu odkryłem, iż moi przodkowie pochodzą z Sevilli i że to tu są moje źródła i moje miejsca. Wtedy zresztą powstało moje alter ego ukryte m.in. w adresie tego bloga.
Równie niespodziewanie odkryłem też wtedy jaką przyjemność może sprawiać jedzenie, ale o tym może kiedy indziej.
W międzyczasie wracałem kilka razy do Hiszpanii, m.in. do Barcelony i do Granady. W Sevilli od 15 lat nie byłem. Aż do (wg planu)... jutra.