Etykiety

foto (369) music (101) osobiste (284)

poniedziałek, 12 lipca 2010

po urlopie

Skończył mi się półtoratygodniowy urlop. Postanowiłem więc też zakończyć 2-miesięczne blogowe milczenie. Gdy tak myślę o tym jak nadrobić (zapewne się nie da) na blogu te 2 miesiące to niemal głowa mi pęka od ilości zdarzeń, spotkań, nowych książek, wystaw fotograficznych, płyt, które w tym czasie się pojawiły. Nie mam pojęcia jak to wszystko pomieściło się w mojej głowie. A to ledwie 60 dni. No a jednocześnie jeszcze trzeba było przecież zarabiać pieniądze. Gonitwa wprost nie do ogarnięcia.
Dodatkowo przypałętał mi się w tym czasie półpasiec, który został skomentowany przez mojego kolegę lekarza następującymi słowami: "to choroba ludzi przemęczonych, musisz przystopować przyjacielu".
Patrząc na pierwszy akapit w sumie nie ma się co dziwić. Stąd zresztą wziął mi się zakończony właśnie i nieplanowany wcześniej urlop.

Ze świeżych niusów... Poprzedni tydzień, czyli większość urlopu spędziłem na fotografowaniu Gdyńskiej Stoczni. Myślałem o tym już od bardzo dawna. Jakoś nie było okazji i chyba też przekonania, że to właściwy moment. Tak czy inaczej do Stoczni mam stosunek wyjątkowy. Wychowany jestem na stoczniowym osiedlu (na każdym piętrze mojego 10-piętrowego wieżowca mieszkał minimum 1 stoczniowiec), ojciec - stoczniowiec z 46 letnim stażem (jak to możliwe?), widok z okna mojego pokoju - oczywiście dźwigi stoczniowe, itd. Nie miałem wyjścia innymi słowy. Weszło w głowę i już zostało.
Jak wiadomo jakiś czas temu Stocznia została postawiona w stan likwidacji, powoli majątek jest wyprzedawany (o ile się znajdują chętni). Czas więc mocno przyspieszył i wygląda na to, że pozostały już raczej tygodnie i dni, a nie lata. Ostatni dzwonek więc na zdjęcia.
Dzięki ojcu dostałem na 5 dni przepustkę i pozwolenie na zdjęcia. Z 5 dni zdarzyło się półtora dnia chmur, w tym pół dnia deszczu (deszczyku raczej), reszta to tzw. patelnia (lub lampa jak kto woli). Tak więc te półtora dnia spędziłem na bieganiu po terenie i łapaniu obrazów zewnętrznych, a resztę na spokojnym łażeniu po halach produkcyjnych i nieczynnej już od około 20 lat stoczniowej elektrowni. Ostatniego dnia udało się jeszcze (z braku wiatru) wjechać na samą górę największej stoczniowej suwnicy bramowej. O wyjątkowości tego zdarzenia niech zaświadczy fakt że byłem tam z ojcem, który pracując w stoczni 46 lat wjechał na nią... po raz pierwszy w życiu. Nie jest to wprawdzie ta sama suwnica, na której za komuny widniał pamiętny napis "Stocznia im. Komuny Paryskiej" (ta się przewróciła kilka lat temu przy wyjątkowo silnym sztormie), ale jej niemal identyczna kopia (już z napisem "Stocznia Gdynia SA"). Jej nośność to 1000 ton vs 900 ton jej poprzedniczki. No i oczywiście naszpikowana dużo większą ilością elektroniki niż poprzedniczka, zbudowana w latach 70-tych.
Tak czy inaczej widok z samej góry (ok. 120 metrów) niesamowity, no i oczywiście wyjątkowy. Wrażenie zapierające dech, a brak lęku wysokości niezbędny. Brak klaustrofobii przy okazji również - na górę wjeżdża się malutką windą wewnątrz jednej z nóg. We 3 osoby jechaliśmy ściśnięci i na dodatek po ciemku bo światło nawaliło. Po wjechaniu wchodzi się jeszcze po schodach i kilku drabinach i już. Suma sumarum warto było.
W 5 dni zrobiłem 14 średnioformatowych filmów, czyli koło 140 zdjęć (większość w formacie 6x7). Na dniach zamierzam zabrać się za wywoływanie. Fajnie by było wybrać 20-30 fotografii...











6 komentarzy:

roberto pisze...

och, jak miło!
nie ma jak patrzeć na świat z wysokości.
fajnie, ze udało co się sfotografować umierającą stocznię. teraz jakby trochę lżej ją likwidować. coś w każdym razie zostanie.

Sevillian pisze...

do lekkości mimo wszystko daleko... ogromne i puste hale, jeszcze z pełnym oprzyrządowaniem nie wyglądają "wesoło". szkoda.
a ostatnie foto mam nadzieję z czymś ci się kojarzy...

roberto pisze...

pewnie, że się kojarzy. niepokoi tylko ta dziura w środku...

Jo pisze...

Więcej takich urlopów, tylko nigdy więcej takiej pogody.

Sevillian pisze...

R: to pewnie od papierosa
J: póki co mniej urlopu, a więcej takiej pogody

Jo pisze...

no, to z urlopem potrafisz zmienić :)
na znielubianą pogodę wpływu nie mamy...