Etykiety

foto (369) music (101) osobiste (284)

sobota, 14 listopada 2009

rytuał

Dzisiejszy poranek to już niemal jesienny rytuał. 7 rano budzik. 10 minut. Plecak i statyw. Ponownie ruszyłem się do lasu nad klif. Po deszczu pojawiły się niezwyczajne kształty i formy. Światło kolejny dzień idealnie rozpraszało się w przestrzeni.
Poszedłem tym razem dalej w kierunku Redłowa. Ślady sztormu po drugiej stronie klifu są dużo bardziej wyraziste. Powodem jest to że na wysokości plaży orłowskiej zbudowano w wodzie niedawno tzw. progi, które są de facto falochronem. Dzięki temu 3-metrowe niedawne fale nie zniszczyły plaży tak mocno jak na odcinku redłowskim gdzie owych progów nie ma. To stamtąd właśnie zabrane drzewa zostały przez morze wyrzucone na orłowską plażę. I tam też zamiast miłego bałtyckiego piaseczku leżą w tej chwili głównie różnej wielkości kamienie.

Po południu pojechaliśmy na otwartą wczoraj wystawę fotografii prasowej w Pałacu Opatów w Oliwie. Większość zdjęć typowo reporterskich, wiele z nich jak dla mnie przesadnie podkręconych w photoshopie, co mnie trochę drażni w odbiorze. Tak czy inaczej liczyłem na jakieś jedno, dwa fajne, nietypowe zdjęcia. Więcej nie oczekiwałem. Zdjęcia prasowe to już dla mnie jedynie ciekawostka. Za dużo ich wszędzie dokoła, w prasie, w necie, w telewizorze. Ile można. Na wystawy World Press Photo przestałem chodzić już kilka lat temu. Teoretycznie chociaż z ciekawości mógłbym tam zaglądać, ale jak dla mnie za duże tam przegięcie katastroficzno-wojenne. Po obejrzeniu kilka lat temu najdoskonalszego jaki widziałem albumu z tego rodzaju zdjęciami, czyli "Inferno" Jamesa Nachtweya, mam już dość do końca życia.


piątek, 13 listopada 2009

bliza

Kilka lat temu zamieszczono w prasie ranking polskich miast. Kryteriów było kilka, w każdym razie utkwiła mi w pamięci lista z Gdynią na miejscu pierwszym. Był to ranking miast "najdynamiczniejszych w rozwoju". Nie wiem jak to wygląda dzisiaj, ale jestem pewien że Gdynia nadal jest w czołówce. Jeżdżę trochę po Polsce i dość regualrnie widzę, że w większości miast i miasteczek zmienia się niewiele. Natomiast w Gdyni co rusz. W tym tygodniu na ten przykład otwarto nową kładkę nad torami, która połączyła Al. Zwycięstwa z Drogą Różową. Brzmi może zagadkowo i groteskowo, ale gdynianie wiedzą iż na jednym końcu mamy najważniejszy trójmiejski szlak komunikacyjny (w tym przystanki autobusowe itp.) oraz Park Naukowo-Technologiczny, a na drugim nową halę widowiskowo-sportową - m.in. główny powód tego że koszykarski Prokom Sopot stał się od tego sezonu Prokomem Gdynia, co podobno wnerwiło ostro sopockich kiboli, którzy nie mając drużyny piłkarskiej entuzjastycznie zjednoczyli się parę lat tamu wokół koszykarzy. A ci w końcu w ostatniej dekadzie stali się najbardziej znaną polską drużyną klubową w Europie.
Poza budowami nowych obiektów w Gdyni nie zapomina się też o kulturze. A to jak na polskie "standardy" budzi juz mój niekłamany wielki szacunek. Nowe Muzeum Miasta Gdyni z wieloma ekspozycjami czasowymi (ich poziom póki co jest średni ale od czegoś trzeba zacząć), Nagroda Literacka Gdynia (być może najważniejsza w tej chwili po Nike), no i w tej chwili nowe czasopismo kulturalne - w dużym stopniu tematycznie gdyńskie (choć nie tylko) ale dystrybuowane w całej Polsce - kwartalnik Bliza.


(dla nie-Kaszubów wyjaśniam: bliza = latarnia morska)

Redaktorem naczelnym został Paweł Huelle, z którym współpracuje trzech dobrych redaktorów odpowiedzialnych za poszczególne działki w czasopiśmie.
Dzisiaj w Hotelu Nadmorskim odbyło się uroczyste odpalenie nowego projektu. Śmietanka wylewała się przez drzwi, grał Lesiu Możdżer itd. Mimo że pojawiło się wokół kilka złośliwych komentarzy to ja osobiście, mogę z ręką na sercu powiedzieć, jestem dumny. Jako uprzywilejowany (dzięki Jo, która na owym bankiecie była) przejrzałem już nowe czasopismo, które ukaże się w "empikach" w najbliższy poniedziałek. Piszę "przejrzałem" gdyż pismo ma 250 stron (!!!) podzielonych na rozdziały:
1. sztuka i nowoczesność
2. dyskusje i rozmowy
3. proza
4. esej
5. poezja
6. przekłady
7. miejsca i historie
8. recenzja
9. zapiski
10. tu i teraz
11. moja gdynia

Dodając do tego bardzo interesujące treści, których tu rzecz jasna nie jestem w stanie streścić, robi to spore wrażenie a gdynian, przynajmniej powinno, napełniać dumą.

czwartek, 12 listopada 2009

stanisław woś

Jako osobnik niezłomny postanowiłem dać sobie kolejną szansę i ponownie wybrać się do Muzeum (tego samego). O 17.30. zostało zorganizowane spotkanie ze Stanisławem Wosiem - patrząc na jego zdjęcia, można by powiedzieć - jednym z najbardziej odjechanych polskich fotografów. Jak dla mnie czasami może zbyt eksperymentalnym jeśli chodzi o technikę, natomiast bez dwóch zdań wieloma zdjęciami czy też raczej seriami robiącym kolosalne wrażenie swoim przekazem. Nigdy do tej pory nie miałem okazji spotkać się z nim bezpośrednio, tak więc już dawno zapisałem sobie ten termin w komórkowym kalendarzu.
Niestety po raz drugi w tym tygodniu spotkało mnie rozczarowanie ze strony MN. Artysta rozchorował się i nie mógł dojechać, na to jednak Muzeum rzecz jasna nie mogło mieć wpływu. Natomiast zamiast gościa wydelegowano na spotkanie powiedzmy sobie... jakąś panią, która puściła z projektora pokaz zdjęć fotografa (pauzy między zdjęciami - około 1 sekundy) oraz mruczała coś do siebie (myślała że mruczy do mikrofonu) podczas tego pokazu. Dziwne to było wrażenie - na ekranie pokazywano w większości mistyczne, mroczne zdjęcia, a ludzie którze je oglądali, na twarzach mieli uśmiech od ucha do ucha.

poniedziałek, 9 listopada 2009

todd hido


Przyszły do mnie pocztą dwa nowe albumy. Obydwa wydane przez moich absolutnych fotograficznych faworytów. Pierwszy to nowy album Sally Mann zawierający zdjęcia które zrobiła swojemu mężowi. Ładunek naprawdę sporego kalibru, zanim go ogarnę minie pewnie trochę czasu, także słownie pochylę się nad nim wkrótce ale nie dzisiaj.
Druga książka nosi tytuł "Ohio" i zawiera zdjęcia Todda Hido. Limitowana seria 800 egzemplarzy, wydana tak naprawdę w roku ubiegłym, ale niedostępna praktycznie nigdzie w sensie "normalnych" księgarni typu Amazon czy Photoeye. Trafiłem na nią dość przypadkowo przeszukując w necie informacje na temat nowego regularnego albumu Todda, który ma się ukazać na początku przyszłego roku.
Na Todda trafiłem kilka lat temu oglądając albumy w najlepszej fotograficznej księgarni w Hamburgu. Na stole leżał album "Roaming", który zaintrygował mnie pięknymi prostymi krajobrazami najzwyklejszych dróg, pól, przedmieść. Sfotografowanych w szarym świetle, często w deszczowej pogodzie, zazwyczaj przez przednią szybę samochodu. Pustka i samotność aż do bólu wyzierające z tych fotografii przeszyły mnie na wskroś. Albumu nie kupiłem bo był cholernie drogi. Jednak zaraz jak wróciłem do domu, zamówiłem go sobie z Amazona. Z przesyłką ze Stanów wyszedł sporo taniej. 2 lata później pojawił się kolejny album Hido - Between The Two, niedługo potem pierwsza wystawa monograficzna w Europie - w warszawskiej Yours Gallery. Do dzisiaj nie mogę odżałować że dowiedziałem się o wernisażu dzień po fakcie, dodam - wernisażu z udziałem artysty. Przy okazji wystawy zakupiłem pierwszy album Hido - House Hunting.
Każdy z tych trzech albumów jest wyraźnie inny. House Hunting to zdjęcia domów, Roaming - krajobrazy, Between The Two - wnętrza i portrety. Nie da się jednak ukryć że mają one wspólny mianownik albo nawet kilka mianowników - sporą dawkę niedopowiedzenia, tajemnicy, niepokoju. Przenikliwie zimną samotność. A to wszystko podane w formalnej prostocie. Prostota jest jednak bardzo pozorna. Na pierwszy rzut oka takie zdjęcia mógłby zrobić byle amator, wnikliwe oko dostrzeże jednak w tych fotografiach światła, których "nie ma". Kilku lub kilkunastominutowe ekspozycje rejestrujące płynące po ścianach światła przejeżdżających samochodów, migające ekrany telewizorów, które na zdjęciach zmieniają się w silne światło sceniczne, światła lampki nocnej którą ktoś wyłączył w połowie robienia zdjęcia.
Umiejętność dostrzeżenia tych nieistniejących świateł i wykorzystania ich w kwadracie kadru jest wyższą szkołą jazdy, którą Hido niewątplwie reprezentuje, a mnie osobiście powala.
Niejako kontunuując dość ryzykowną w świecie artystycznym ścieżkę zmiany typu fotografii w każdym swoim wydawnictwie, Hido wydał książeczkę (albo broszurę - tak przynajmniej wygląda gdy się ją położy obok ww albumów) na temat swojego domu. Taka interpretacja mi przynajmniej narzuca się w odbiorze. Nie ma to chyba zresztą specjalnie znaczenia czy to prawda czy tylko fikcja uprawiana przez fotografa. Faktem na pewno jest że Hido urodził się w Ohio.
Książka zawiera równo 20 zdjęć zrobionych tanim aparatem (zapewne typu Holga czy po naszemu Druh), który Hido dostał będąc jeszcze dzieckiem. Są tam zdjęcia które zrobił jako dziecko, są zdjęcia teraźniejsze. Kwadraty wydrukowane na górze pionowo prostokątnej strony narzucają skojarzenia z Polaroidem, jakość dodatkowo to wrażenie wzmacnia. Błyski przeszłości, scenki z życia, portrety zabawek, nieumalowanej matki w piżamie, pierwszych dziewczyn, krajobrazy z najbliższego otoczenia przemierzanego bmx-em. I ponownie niejasne sekrety, ślady ważnych zdarzeń, uczuć, dumy, wstydu. Jak u każdego z nas.
Siła tego albumu polega jednak na tym, że oglądając te zdjęcia, zrobione na drugiej półkuli, w zupełnie innych okolicznościach, wśród innych ludzi, identyfikuję się z nimi, a raczej z wydarzeniami, które symbolizują, w 100%.

Na pierwszej stronie albumu House Hunting znajduje się wiersz A.M. Homesa "Just looking". Dla mnie jest to motto całej twórczości Hido, włącznie z książką Ohio. Zacytuję sam początek (tłumaczenie własne):

"W tym miejscu coś się wydarzyło.
Stało się coś złego.
Są ślady, odciski, pozostały fragmenty - dowody."




niedziela, 8 listopada 2009

nadal cmentarnie

Niedziela pogodowo nadal szara, chociaż już bez mgły. Mimo porannego budzika zostałem jednak w domu. Na lenistwo też trzeba znaleźć trochę czasu. Długo mimo wszystko nie wytrzymałem i zaraz po 12-tej pojechałem do Sopotu na tamtejszy cmentarz żydowski.
Nie jest to typowy kirkut, przynajmniej w porównaniu do większości innych takich miejsc w Polsce. Groby wyglądają inaczej, inaczej są też rozłożone w przestrzeni. W jakiś sposób ten cmentarz jest dla mnie trudniejszy do fotografowania. Już kilka razy chodziłem tam z aparatem ale nigdy nie wychodziłem z przekonaniem że zrobiłem te właściwe zdjęcia. Przez to też wracam na niego co jakiś czas i poszukuję właściwego obrazu.
Dzisiaj, od razu na wejściu cmentarz zaskoczył mnie białą chmurą unoszącą się nad grobami. Pierwszy raz w życiu widziałem czyszczenie kirkutu, nie tylko tego sopockiego, ale w ogóle jakiegokolwiek. Uczucia targnęły mną mieszane - z jednej strony atmosfera zrobiła się nietypowo fotogeniczna, z drugiej strony stanęła przede mną wizja wyczyszczonych do bólu nagrobków zamiast klimatycznie pomalowanych wieloletnim mchem. Hm.
Czyszczenie ograniczyło się jednak (mimo wszystko na szczęście) do kilku grobów i chmura zniknęła. Chyba że po jakimś czasie czyściciele nagrobków wrócą aby dokończyć dzieła. Tego nie wiem.
.
Po południu zabrałem się za kilka zeskanowanych eksperymentalnych zdjęć sprzed tygodnia.

sobota, 7 listopada 2009

z mgły do warsu

Sobotni poranek, tak jak w poprzedni weekend rozpoczął dźwięk budzika o 7 rano. Wena fotograficzna póki co mnie nie opuszcza, stąd poziom determinacji również trzyma się wysoko. Tym razem na dodatek w mig obudził mnie piękny widok za oknem zamglonego klifu orłowskiego. Ledwie było go widać. W 10 minut z plecakiem na plecach i statywem na ramieniu byłem już na dworze. Kilka godzin łażenia po pustym jesiennym lesie - tego mi było potrzeba. Nie ma co dyskutować - nie ma lepszego światła w Polsce od tego jesiennego. Gdy dołączy do tego mgła - żyć, nie umierać.




.

.
.

czwartek, 5 listopada 2009

npś 1

Jak "powszechnie" wiadomo jestem pewnego rodzaju muzycznym maniakiem. Od czasów licealnych przez kilkanaście lat uzbierałem koło 2000 płyt CD. W dobie internetu w ciągu jednego roku przybywa mi pewnie kolejne 1000 albo i więcej. Jakiś czas temu zarzuciłem aktualizowanie katalogu płytowego. Sam zacząłem się w tym gubić. Z tej ilości ostatnio miewam myśli czy się tego wszystkiego w jednej chwili nie pozbyć. No może nie wszystkiego, ale tak z 95%. Póki jednak do tego nie doszło z okazji 5 listopada postanowiłem założyć na blogu cykl NPŚ czyli Najpiękniejsze Piosenki Świata. Wiem wiem, tytuł najmniej oryginalny z możliwych, ale z drugiej strony po cholerę wymyślać niewiadomojakie patetyczne lub dziwne hasła. A po co ten cykl? Nie mam pojęcia. Powody być może same się znajdą. Tak więc dzisiaj po prostu...

Piosenka nr 1.

niedziela, 1 listopada 2009

cmentarnie

Dzisiaj ponownie budzik zadzwonił o 7 rano. Tym razem jednak aura za oknem usatysfakcjonowała mnie w pełni. Szarówka i nawet lekka mgła w powietrzu zwiastowała dobry dzień. Ubrałem się szybko i pojechałem na mój ulubiony warszawski cmentarz. Mimo wczesnej pory nie obyło się bez negocjacji z policją. Drogi dojazdowe do cmentarzy zostały już pozamykane i musiałem trochę pościemniać żeby te blokady przejechać. Na cmentarzu siedziałem prawie 5 godzin. Mimo specyfiki tej nekropolii i tak trochę szokujące było to że do południa 1 listopada nikt oprócz mnie na tym cmentarzu się nie pojawił. Światło było jednak genialne, także z egoistycznego punktu widzenia tylko mnie to ucieszyło. Jak na mnie zrobiłem sporo zdjęć, bo aż kilkanaście. Koło 12-ej poczułem się wyprany emocjonalnie i wróciłem do domu.